05.02.2014

Metoda tasmowa

Znowu nadszedl czas zalatwiania papierow. To chyba najbardziej flustrujace zajecie w Maroku. Jeden dokument do podpisania wymaga 20tu innych, kopi karty rezydenta, legalizacji podpisow, legalizacji kopi kopii:) Na dokumencie tlustym drukiem umieszczono liste potrzebnych ¨papierokow¨ aby otrzymac ten wlasciwy. I tu zaczynaja sie schody. Aby otrzymac dokument A trzeba przyjsc z dokumentem B. Aby otrzymac dokument B potrzebuje najpierw wypisanego i podpisanego dokumentu A. I badz tu madry. Chodze teraz jak ta sierota i kombinuje, ktore biuro szybciej peknie i wypisze mi jakikolwiek dokument A lub B bo mi to wszystko jedno. Ja chce miec glowny dokument wypisany, podpisany i zapieczetowany! Ide wiec do pokoju gdzie legalizuje sie podpisy potrzebne do wydania dokumentu A,B,C,D...... Pan zatacza sie do swojego biurka ( czuc, ze duzo wypil w nocy ale o tym sza! przeciez o tym w tym kraju sie nie pije; alkohol jest zabroniony:) Ow jegomosc ma problem z wpisaniem polskiego nazwiska do swojej ¨zlotej ksiegi¨ wiec biore od niego ta ksiege i sama wypisuje wszystkie rubruczki. Numerek mi nadany zostaje zapisany na ¨moim papierku¨ tuz obok zlozonego podpisu. Przechodze do stolika obok. Tam setki podobnych papierkow lezy porozwalanych na stole. Przychodzi trzeci pan i zabiera sie za pieczatki. Ma ich 6 i kazda musi sie znalezc obok numerka i podpisu. Pieczatki tasmowo wedruja na papier ale przy takim balaganie czasem o jednej sie zapomni, czasem mu sie papierki skleja wiec przychodzi czwarty pan i zabiera sie za segregowanie. Tlum sie zrobil, czas ucieka wiec delikatnie wciskam sie pomiedzy panow i znajduje swoj papier. Biore kolejno po kazdej pieczatce i sama robie ich, jakze odpowiedzialna prace. Udalo sie! Mam podpis. Pierwszy stopie pokonany. Ide do nastepnego pokoju, w ktorym wymagany jest dokument XYZ z legalizacja podpisu, pieczatkami i cala procedura z tym zwiazana. Kolejny dokument wedruje tasmowo z reki do reki, od pieczatki do pieczatki. Najlepsze jest to, ze nadal nie mam ani papierku A ani B. Ranek minal na pieczetowaniu ¨papierkow¨. Mam wrocic po poludniu jak przyjdzie naczelnik ( moze przyjdzie moze nie; tego nikt nie wie). Wracam wiec do obskurnych biur, podpitych urzednikow ale juz boogatsza o to z kim rozmawiac. Dozorca budynku usmiecha sie do mnie wiec odwzajemniam mu usmiech i jest! Mam kolege. Opowiadam mu o swoim problemie a ten od razu przeprowadza mnie przez korytarze jakbym byla jakas szycha i znajduje sie u sekretarki naczelnika, ktora informuje mnie, ze szefa nie ma ale co tam, podpisze bo widzi ze jestem znajoma dozorcy:) Uffffff Dobrze miec znajomosci:)